Z kamerą wśród zwierząt

Naszą podróż po Indonezji rozpoczęliśmy na Sumatrze. Decyzja była nieprzypadkowa – po pierwsze ze względu na położenie wyspy, pora deszczowa w styczniu nie jest tu już tak mocno odczuwalna. Po drugie Sumatra to nadal mało populary kierunek, a nas ciągnie w takie miejsca, a po trzecie, wyspa jest ogromna – żeby choć w części ją przejechać potrzeba więcej czasu niż typowy urlop, my spędzimy tu 3 tygodnie, a i tak zwiedzimy jedynie północ i kawałek zachodniej części wyspy.

Sumatra to jedno z dwóch ostatnich miejsc na świecie (oprócz Borneo), gdzie możemy spotkać i podziwiać żyjące na wolności orangutany. Lądując na lotnisku w Medan – największym mieście Sumatry – zdecydowaliśmy, że wizyta w parku narodowym Gunung Leuser  będzie naszym pierwszym przystankiem.

Podróż do miejscowości Bukit Lawang, z której rozpoczyna się trekking w głąb dżungli, oczywiście nie trwała godzinę ani dwie. Spędziliśmy 7 godzin w rozklekotanych lokalnych busikach pozbawionych karoserii i zawieszenia. Na każdej dziurze radośnie podskakiwaliśmy i waliliśmy głowami w sufit. Pod nogami Marii znajdowała się 30 centymetrowa dziura, musiała uważać, żeby nie szurać nogami po ziemi. 😉 Całości wrażeń dopełniał dym papierosowy – tak, w Indonezji w autobusach można palić. Drogi są bardzo wąskie i potrafią nieźle zaskoczyć, piękny asfalt zmienia się nagle w niekończące się pasmo ogromnych dziur. To wszystko nie przeszkadza kierowcom w brawurowym wyprzedzaniu na trzeciego i pędzeniu ponad 100km/h. Po Laosie myśleliśmy, że nic już nas nie zdziwi, ale Sumatra jest dwa poziomy wyżej. Kiedy dotarliśmy do Bukit Lawang czuliśmy się jak worek ziemniaków.

Samo miasteczko położone jest wzdłuż rzeki, nad którą przerzuconych jest kilka mniej lub bardziej chybotliwych mostków domowej roboty. 😉 Spędziliśmy tam noc i następnego ranka w 5-osobowej grupie ruszyliśmy na dwudniową wyprawę w poszukiwaniu orangutanów.

Mocno się zdziwiliśmy, gdyż wszystkie poprzednie trekkingi były raczej zwykłymi spacerami po lesie. Tu natomiast od pierwszych chwil wspinaliśmy się w górę przez zarośniętą dżunglę. Po 10 minutach wszyscy byli całkowicie mokrzy – wilgotność na poziomie 96%, w końcu to prawdziwy las deszczowy. Przez 3 godziny zapuszczaliśmy się coraz głębiej pokonując niezliczone ilości wzniesień. Wypatrywaliśmy orangutanów, ale jak dotychczas nie mieliśmy szczęścia – to nie zoo. Widzieliśmy za to pawie, kilka makaków i dzioborożca. W międzyczasie przewodnik pokazywał nam naturalne lekarstwa, które można znaleźć w dżungli i które miejscowa ludność nadal stosuje. Po około 4 godzinach kiedy trochę traciliśmy już nadzieję, że uda nam się zobaczyć orangutana, przewodnicy trafili na trop. Szliśmy jeszcze 10 minut w ciszy, żeby nie spłoszyć zwierząt i w końcu za zakrętem, rozpostarta na drzewie siedziała jak gdyby nigdy nic samica orangutana.

WOW! Małpa zupełnie nie przypomina durnych makaków, o wiele bliżej jej do człowieka. Sposób poruszania się, mimika i zaciekawienie w jej oczach tylko utwierdzają nas w przekonaniu, że orangutany i ludzie mają ze sobą bardzo wiele wspólnego. Małpa była na wyciągnięcie ręki, przybierała różne komiczne pozy, podekscytowani zrobiliśmy 100 zdjęć w 3 minuty.

Następnie przewodnik zaprowadził nas na wzgórze, gdzie z dużym prawdopodobieństwem mieliśmy spotkać małpę celebrytkę o imieniu Mina. Znana jest z tego, że miewa humory i potrafi być agresywna w stosunku do ludzi. Wcześniej zostaliśmy poinstruowani jak zachowywać się w jej towarzystwie – nie krzyczeć, nie uciekać, nie podchodzić zbyt blisko. Na szczęście Mina ma jeden słaby punkt. Jak każdą kobietę, da się ją przekupić jedzeniem. 😛 Podczas gdy przewodnik karmił ją słonecznikiem i owocami, my obserwowaliśmy ją i jej małe dziecko. Młody orangutan popisywał się wywijając fikołki na drzewach.

Dalsza część trasy prowadziła ostro w dół w kierunku rzeki, gdzie spoceni i zmęczeni po całym dniu marszu od razu wskoczyliśmy do wody. Następnie po przeprawieniu się na drugi brzeg ruszyliśmy w kierunku bambusowej chaty, gdzie mieliśmy spędzić noc. Po zapadnięciu zmroku siedzieliśmy przy świecach i graliśmy w karty. Jak przystało na las deszczowy wieczorem nadeszła ulewa, nie trwała jednak dłużej niż 45 minut. Pora deszczowa nie jest wcale taka straszna. Zasnęliśmy wcześnie, dookoła było bardzo cicho, co ciekawe dżungla w nocy nie wydaje prawie żadnych dźwięków, jedyne co słyszeliśmy to cykady. Moglibyśmy tak codziennie.

Rano przy śniadaniu towarzyszył nam gang makaków i kilka langurów. Obserwowaliśmy je do południa, po czym zeszliśmy w stronę rzeki, aby spłynąć pontonami do wioski. W europejskim kraju taki spływ, bez kasków i kamizelek ratunkowych nie mógłby mieć miejsca, kilka razy wpadaliśmy na skały, było fantastycznie. 😉 Z rzeki udało nam się wypatrzeć kolejnego orangutana z młodym, który z uśmiechem na twarzy bawił się wodą. Cali mokrzy i bardzo zadowoleni wróciliśmy do wioski.

Spotkanie oko w oko z wolnymi orangutanami, w ich naturalnym środowisku, to jedno z najciekawszych doświadczeń w całej naszej podróży!

Pozdrawiamy!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s