4 tysiące wysp

Laos przejechaliśmy z północy, od granicy z Wietnamem, na samo południe, do granicy z Kambodżą. Przemieszczaliśmy się głównie lokalnymi autobusami. Nie opisywaliśmy za każdym razem trasy z jednego miejsca na drugie, bo było by to nudne. Mniej więcej co 3 dni robiliśmy 200/300 kilometrów, podróżując dosłownie cały dzień.

Przykładem typowej laotańskiej podróży może być nasz ostatni przejazd – z Thakhek na 4 tysiące wysp na południu Laosu. Bilety kupiliśmy u lokalnego biznesmena, ale słowo bilety jest tylko przenośnią, gdyż nie dostaliśmy żadnego kwitka. Biznesmen wsadził nas do minivana, który zawiózł nas do domu jego kuzyna na przedmieściach, gdzie mieliśmy poczekać na autobus. Po dłuższej chwili na ciemnym podwórku zwątpiliśmy czy w ogóle ktoś podjedzie. Okazało się, że sam kuzyn jest kierowcą, więc zatrzymał się przy swoim domu, żeby zabrać coś do jedzenia i przy okazji nas. Autobus miał przyczepiony do tylnej klapy skuter, a na dachu załadowaną tonę bagaży. Zajęliśmy jedne z ostatnich wolnych miejsc i ruszyliśmy dalej. Zatrzymywaliśmy się na kolejnych przystankach, a jako, że nie było już zwykłych miejsc, w przejściu rozstawiane były malutkie taboreciki, na których ludzie mieli spędzić kolejnych 13 godzin nocnej podróży. Po około 2 godzinach wszyscy zgłodnieli, więc na dłużej zatrzymaliśmy się na przydrożnym nocnym targu, gdzie wszyscy zaopatrzyli się w jedzenie – sticky rice, grillowane kacze płody, jajka z nie do końca wykształconymi kurczaczkami, same rarytasy. Atmosfera była mocno rozrywkowa, z głośników leciała laotańska muzyka. Tłok był tak duży, że jeden Laotańczyk na swoim przystanku wysiadł przez okno, żeby nie chodzić innym po głowach. Rano autobus wyglądał jak pobojowisko, ale dojechaliśmy cali i zdrowi.

Celem naszej podróży był region Si Phan Don czyli malutkie wysepki na rozlewisku Mekongu. Autobus wysadził nas rano w miasteczku, z którego odpływały łódki, po krótkich negocjacjach wsiedliśmy do jednej z nich i po 20 minutach byliśmy na miejscu – na wyspie Don Khon. W Laosie zrezygnowaliśmy z wcześniejszej rezerwacji noclegów, więc po dopłynięciu musieliśmy jeszcze znaleźć miejsce do spania – udało się jak zwykle bardzo szybko, w Azji nie stanowi to problemu. Trafiliśmy na idealnie położony bungalow z hamakiem, widokiem na rzekę i zachód słońca za szalone 35zł za noc.


Na wyspie spędziliśmy 3 dni. Czas płynął nam powoli. Bujaliśmy się w hamaku, oglądaliśmy zachody słońca, spacerowaliśmy i jeździliśmy na rowerze.


Don Khon była naszym ostatnim przystankiem w Laosie. Wcale nie chcieliśmy wyjeżdżać, z perspektywy czasu żałowaliśmy, że nie zostaliśmy dłużej na północy kraju. Cały Laos okazał się niesamowitą przygodą. Pokochaliśmy go za niekończące się góry, malutkie wioski, przyjaznych ludzi, smażony ryż z kurczakiem i beerlao. Dzięki temu, że większość miejsc w Laosie nie jest łatwo dostępna i wymaga długiej podróży, nadal jest tam mało turystów. Jest to idealny kierunek dla ludzi, którzy nie lubią typowych atrakcji turystycznych. Dla nas był to strzał w dziesiątkę i na pewno będziemy chcieli kiedyś tam wrócić.

Pozdrawiamy!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s