Dzienniki motocyklowe

Tak naprawdę to jak zawsze jechaliśmy skuterem, ale dzienniki motocyklowe zdecydowanie lepiej brzmią. O pięknej 500-kilometrowej pętli położonej w środkowym Laosie dowiedzieliśmy się przypadkiem od spotykanych na trasie ludzi. Nie jest to popularny kierunek, my planowaliśmy zrobić pętlę zaczynającą się w Pakxe, ale przekonani opowieściami Lucy i Matthieu zdecydowaliśmy się do nich przyłączyć.

Przygotowania:

Do Thakhek dojechaliśmy wieczorem, znaleźliśmy wypożyczalnię skuterów, przepakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy do mniejszych plecaków i opracowaliśmy plan trasy na 4 dni.

1 dzień

Godzina wyjazdu- 8 rano, przejechane kilometry- 115, krowy na drodze- za dużo.

Zaczęło się bardzo przyjemnie, jak na Laos, drogi były w znakomitym stanie. Krajobraz w przeciągu tych 115 kilometrów zmienia się drastycznie. Początkowo jechaliśmy drogą prostą jak linijka, a po obu stronach mijaliśmy spękaną słońcem ziemię – przypominało to trochę amerykańskie bezdroża. Później stopniowo robiło się coraz bardziej górzyście, wspinaliśmy się serpentynami coraz wyżej, robiło się coraz chłodniej. Tu z kolei mieliśmy wrażenie, że jesteśmy w czeskich górach. Za ostatnim zakrętem czekała nas równina, z ogromnym jeziorem, gdzie poczuliśmy się jak w Norwegii czy innej Kanadzie. Byliśmy totalnie zaskoczeni, Laos zdążył nas przyzwyczaić do innych widoków. Dalsza trasa – 60 km – prowadziła wzdłuż jeziora, jak się okazało sztucznego. Zbiornik powstał poprzez zbudowanie tamy na rzece i stopniowe zalewanie okolicznych terenów, z wody nadal wystają uschnięte drzewa. Wrażenie jest niepokojące, ale jednocześnie wygląda to niesamowicie. Co ciekawe energia powstająca w elektrowni działającej dzięki zbiornikowi jest wykorzystywana w 95% przez Tajlandię, prawie nic nie trafia do Laotańczyków.

Zgodnie z planem na nocleg zatrzymaliśmy się w miejscowości Thalang, znaleźliśmy bungalowy z tarasem i widokiem na jezioro. Graliśmy w bule, piliśmy piwo, a wieczorem rozpaliliśmy ognisko. Zasnęliśmy grzecznie o 22, gdyż mieliśmy ambitny plan obejrzeć wschód słońca następnego dnia.

2 dzień

Godzina wyjazdu- 9 rano, przejechane kilometry- 160.

Wstaliśmy o 5 30 – bezrobocie nie jest takie łatwe jak się wydaje. Było warto – wschód słońca nad jeziorem był całkiem spektakularny.

Mieliśmy przed sobą sporo kilometrów, więc ruszyliśmy zaraz po śniadaniu. Pierwszy odcinek jest bardzo malowniczy, droga z obu stron otoczona jest jeziorem, zatrzymywaliśmy się kilka razy żeby robić zdjęcia.

Następnie zaczyna się serpentyna, tym razem w dół. Mijamy wyrzeźbione w skałach twarze – miejsce kultu. Dojeżdżamy do zwykłej prostej drogi szybkiego ruchu, przejeżdżamy przez liczne wioski, dzieci cieszą się na nasz widok. Po kilkudziesięciu kilometrach jazdy odbijamy w prawo, ufając mapie, bo droga nie wygląda na uczęszczaną. Szuter, kamienie, krowy pasące się na polu – tak dojeżdżamy do oazy. Malutka laguna z błękitną wodą położona w cieniu góry – kto by uwierzył, że mamy 29 grudnia? 😉

Po 2-godzinnym odpoczynku ruszamy dalej. Zaliczamy jeden punkt widokowy, z którego widać całą dolinę, którą zaraz będziemy jechać. Z każdym kilometrem coraz mocniej odczuwamy upał, a przed nami jeszcze najgorszy, 50 kilometrowy odcinek po dziurawej szutrowej drodze. Mijamy malutkie wioski z rozpadającymi się bambusowymi chatkami, z każdej strony otaczają nas góry. Wreszcie spoceni i poobijani docieramy do miejscowości Konglor, która słynie z jaskini o tej samej nazwie. Zimny prysznic, piwo, kolacja, spać.

3 dzień

Godzina wyjazdu – 14, przejechane kilometry- 60.

Dzień przeznaczony na zwiedzenie i relaks, bez dużych odległości. Wstajemy o 9 i zaraz po śniadaniu idziemy 2 kilometry piechotą do jaskini. Konglor Cave ma 12 km długości, rzeka, która przez nią przepływa jest jedną z najdłuższych podziemnych rzek świata. Jedyną opcją zwiedzania jaskini są małe łódki. W środku jest całkowicie ciemno, wszyscy muszą mieć ze sobą latarki. Spływ w ciemności robi wrażenie, jaskinia jest surowa, bardzo nam się podobała, choć nic nie przebije Paradise Cave w Wietnamie.

Odjeżdżamy z Konglor, w kierunku miejscowości Nahin. W oryginalnym planie powinniśmy z tego miejsca pojechać w kierunku Thakhek i zakończyć pętlę, ale po pierwsze odcinek ten to zwykła droga szybkiego ruchu, a po drugie tak spodobały nam się krajobrazy dookoła jeziora, że postanawiamy następnego dnia wrócić i spędzić sylwestra w Thalang. W Nahin jedziemy obejrzeć zachód słońca na jednym z viewpointów, jemy nieświeżą kolację, w trosce o żołądek wypijamy beerlao, chwilę gramy w karty i idziemy spać.

4 dzień – Sylwester
Godzina wyjazdu – 9, przejechane kilometry- 105.

Po śniadaniu jedziemy zobaczyć lokalną atrakcje czyli wodospad. Bardziej niż wodospad jest to trekking po lesie. Do pewnego momentu da się dojechać skuterem w iście offroadowym stylu, po kamieniach, przez rzekę itp. Później wspinamy się przez dżunglę, od samego rana jest strasznie gorąco, jesteśmy cali mokrzy. Wracając do skutera prawie gubimy drogę, jest całkiem zabawnie.

Odjeżdżamy z Nahin i niemal bez przerwy robimy 100 kilometrów, wieje bardzo silny wiatr, Maria krzyczy żeby zwolnić, ale jedzie się zbyt fajnie, więc wyprzedzamy kolejne ciężarówki i po 3 godzinach jesteśmy na miejscu. Tyłki nam odpadają.

Sylwestra spędzamy w mocno międzynarodowym towarzystwie z Francuzami, Brazylijczykami, Belgami i jednym szalonym Niemcem twierdzącym, że przybył z kosmosu. Przedstawiając się powiedział, że wiele lat temu kosmici zostawili go na ziemi i od tego czasu próbuje wrócić, ale nie ma gdzie kupić biletu. Siedzimy przy ognisku, rozgrywamy międzypaństwowy turniej w bule, gromimy z Marią Brazylijczyków siedem do zera, ale do finału nie dochodzi, gdyż wszyscy są zbyt pijani. Francuzi ucieszeni naszą obecnością kupili flaszkę wódki, pierwszy raz w życiu pijemy wódkę z kieliszków do wina i nie kończy się to zbyt dobrze. 😀 Jeden z lepszych sylwestrów w życiu, nigdy byśmy nie pomyśleli, że nowy rok przywitamy w Laosie!

5 dzień
Godzina wyjazdu – brak, KAC LAOS, wziąłem urlop na żądanie (Piotr).
6 dzień
Godzina wyjazdu – 11, przejechane kilometry- 100.

Maria spędza śniadanie ze swoimi Laotańskimi dziećmi grając w karty, dyskutując o polityce i słuchając Despacito na zmianę z Crazy Frog. O 11 ruszamy w drogę powrotną do Thakhek, miejscowości, w której zaczęliśmy. Jeszcze tego samego dnia chcieliśmy złapać autobus na południe Laosu, więc streszczaliśmy się i zrobiliśmy 100 kilometrów w dwie i pół godziny, uwierzcie, w Laosie to spore osiągnięcie.

Podsumowanie – zrobiliśmy około 540 kilometrów, ominęliśmy niezliczone ilości dziur, krów i świń na drodze. Widzieliśmy krajobrazy i wioski, gdzie nie docierają standardowi amerykańscy turyści, jeszcze bardziej pokochaliśmy jazdę na skuterach i chętnie wrócilibyśmy tam, żeby przeżyć to raz jeszcze. Laos rządzi.
Pozdrawiamy!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s