Lao Lao

20 godzin – tyle trwała nasza podróż z Wietnamu do Laosu. Trasa ta jest określana jako droga przez piekło, w pełni zasłużenie.

Taksówka odebrała nas o 16 z hostelu w Hanoi. Przez godzinę jechaliśmy przez zakorkowane miasto, żeby dotrzeć na jeden z dworców autobusowych. Tam taksówkarz przekazał nas kierowcy autobusu, który jak się okazało miał odjechać dopiero za 4 godziny. Siedzieliśmy przy 10 stopniach celsjusza na ławce, było ciemno, dworzec wyglądał tak jak zazwyczaj wyglądają dworce autobusowe w nocy (syf, dziwni ludzie i wieprz buszujący w krzakach?!). Po raz pierwszy w Azji poczuliśmy się trochę nieswojo. W międzyczasie kierowca próbował uruchomić autobus, co zakończyło się fiaskiem. Przez 4 godziny różni ludzie starali się go naprawić, ostatecznie zmieniona została jedna część i odjechaliśmy planowo.

Podróż do granicy z Laosem to niekończące się pasmo górskich zakrętów. Wyprzedzanie we mgle, na łuku, pod górę to pasja wietnamskich kierowców. Maria na szczęście spała. O 6 rano dojechaliśmy do przygranicznego miasteczka, gdzie zmieniliśmy środek transportu na lokalny laotański busik, w którym zmieściło się 2 razy więcej ludzi niż powinno. Do tego na dachu mieliśmy 3 piętra bagaży (plecaki, żywność, żywe kaczki itp.). Po godzinie dojechaliśmy do znajdującej się na szczycie wzgórz laotańskiej granicy. Droga była tak niebezpieczna, że myśleliśmy nad spisaniem testamentu 😛 2 samochody ledwo mogły się minąć, niejednokrotnie zjeżdżaliśmy na pobocze nad krawędzią przepaści.

Na granicy oprócz standardowej opłaty za wizę do Laosu musieliśmy opłacić także wyimaginowane “usługi dodatkowe” jak wyrobienie wizy – 2 dolary, mierzenie temperatury – 3 dolary, pieczątka – 2 dolary. Oczywiście żadne mierzenie temperatury nie miało miejsca, jest to zwykła łapówka. Ludzie, którzy nie chcieli zapłacić koczowali po kilka godzin, po czym i tak płacili, żeby przed nocą wydostać się z granicy… W trakcie kiedy wyrabialiśmy wizę autobus z naszymi bagażami zdążył odjechać (!), na szczęście grupa Francuzów zauważyła, że nas nie ma i kierowca po nas wrócił. Potem już tylko 2 godziny super krętej drogi w dół i byliśmy na miejscu. Nie będziemy wyliczać ile razy Maria w trakcie tych 20 godzin wymiotowała…

Nasz pierwszy przystanek w Laosie to Muang Khua, malutka wioska położona nad rzeką wśród wzgórz. Spędziliśmy tam 2 dni odpoczywając po podróży, pijąc Beerlao i tytułowe Lao Lao – lokalną ryżową whisky (?), która jest zwykłym około 50 procentowym samogonem. Nasz gospodarz polewał ją hojnie do przepysznych rodzinnych kolacji. Codziennie o 6 rano cała wieś była budzona przez głośną laotańską muzykę puszczaną z megafonów, pierwszego ranka był to dla nas spory szok, budzenie trwało godzinę! 😀

Z Muang Khua można dostać się łodzią do Muang Ngoi. Spływ rzeką wśród wzgórz trwa 5 godzin, z łódki można obserwować przybrzeżne osady, dzikie świnie i bawoły pasące się przy rzece. Nasza łódź z każdym przystankiem była coraz bardziej pełna, płynęli z nami min. mali mnisi, kłusownicy ze świeżo upolowanymi wiewiórkami itp.
Muang Ngoi to wieś pośród niczego, bez transportu drogowego, do najbliższej wioski trzeba płynąć kolejne 2 godziny łodzią. Zamieszkaliśmy w bungalowie z tarasem, hamakiem i widokiem na rzekę. Spędziliśmy tam w sumie 4 dni, bez internetu i zasięgu, odcięci od świata – najlepiej!


Drugiego dnia w Muang Ngoi wybraliśmy się na całodzienny trekking w głąb lądu do malutkich osad i w jednej z nich spędziliśmy noc. Wioska składała się z kilkunastu bambusowych domów, większość nie miała elektryczności, pompa z wodą znajdowała się w centralnym miejscu osady i służyła za prysznic dla wszystkich mieszkańców. Wieczorami przed każdą chatą rozpala się ognisko, przy których siedzą mieszkańcy (wieczorami temperatura mocna spada). Ludzie żyją ekstremalnie skromnie, niewyobrażalnie dla przeciętnego europejczyka. Dzieci cieszą się kiedy dostaną w prezencie długopis…

Na kolację zjedliśmy grillowaną rybę razem z rodziną, u której spaliśmy. Nocleg kosztował nas – uwaga – pół dolara, czyli około 1,8 zł za osobę. Jako, że wioska jest położona w dżungli z dala od cywilizacji, wieczorem mogliśmy obserwować najpiękniejsze niebo w naszym życiu, z niezliczoną ilością gwiazd.


Kolejnego dnia w Muang Ngoi weszliśmy na punkt widokowy położony na jednym ze wzgórz. Podejście jest dość hardkorowe, idzie się prawie pionowo w górę wspomagając się przy tym linami. Widok z góry jest wart wysiłku, mamy przed sobą panoramę wioski, rzekę i wzgórza porośnięte dżunglą.


Ostatnią wioską na północy Laosu była Nong Khiaw, do której oczywiście dopłynęliśmy łodzią – nasz ulubiony po skuterze środek transportu – słońce i wiatr we włosach. 😉 Główną atrakcją jest oczywiście punkt widokowy (chyba każda wioska w Laosie posiada przynajmniej jeden). Na szczycie spędziliśmy 3 godziny wygrzewając się w słońcu i podziwiając okolicę.


Następnego ranka zjedliśmy przepyszne laotańskie śniadanie, omlet z warzywami i sticky rice, po czym odjechaliśmy do Luang Prabang.

Pozdrawiamy!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s