Good Morning, Vietnam

Pierwszy posiłek w Wietnamie – Bánh Mi – bagietka z szarpanym kurczakiem, pasztetem, wieprzowiną, chili i mieszanką ziół. Po 2 tygodniach smażonych makaronów w Tajlandii, chrupiące pieczywo było jak oaza na pustyni, jak pierwsze promienie słońca po zimie, jak zimne piwo podczas meczu ligi mistrzów.

Bagietki są jedną z pozostałości po francuskiej kolonii. Pochłonęliśmy pierwszą zanim zameldowaliśmy się w hostelu, a później utrzymywaliśmy równe tempo. 😉 Z podobnym umiłowaniem wciągaliśmy zupę pho – najbardziej znane Wietnamskie danie. Gorący rosołek z makaronem jada się tu na śniadanie, obiad i kolację. Wariacji na temat tej zupy jest sporo, nam nie zdarzyło się jeść dwóch takich samych, wszystkie jak dotychczas były pyszne. W Wietnamie poczuliśmy się jak w domu.

Spadkiem po kolonializmie jest też architektura. Szczególnie widać to w Sajgonie (oficjalnie – Ho Chi Min City), pierwszym miejscu, które odwiedziliśmy w Wietnamie. Od początku miasto wydawało nam się dziwnie znajome. Dopiero po chwili widząc tłumy Azjatów robiących sobie zdjęcia przy katedrze Notre-Dame i europejsko wyglądających kamienicach zrozumieliśmy, że właśnie te budynki są atrakcją samą w sobie i czymś niespotykanym w tym regionie. 10 tysięcy kilometrów od Starego Kontynentu znajdziemy operę, pocztę i ratusz, które z powodzeniem mogłyby znajdować się w centrum Paryża.

Europejska zabudowa ma się nijak do tego co dzieje się na ulicach. Po przerobieniu Bangkoku myśleliśmy, że o ruchu ulicznym wiemy już wszystko – nie, nie wiedziliśmy nic. Sajgon to istny sajgon. Ulicami płynie dosłownie potok skuterów (na każdego mieszkańca przypadją 2, co daje około 16 mln skuterów), nie ma czegoś takiego jak luka pozwalająca bezpiecznie przejść przez jezdnię. Główne zasady – nie wchodzimy pod autobusy, ani samochody – i tak się nie zatrzymają. Wchodzimy kiedy prosto na nas jadą skutery, idziemy powoli i pozwalamy  się im omijać, nikt się nie zatrzymuje, nie możemy gwałtownie zwalniać ani przyspieszać. Wszystko przebiega płynnie, przy ciągłym akompaniamencie klaksonów. Trzeba pozbyć się wszystkich przyswajanych od dziecka zasad (“lewo, prawo, lewo”,  “poczekaj, aż wszyscy przejadą”), co wbrew pozorom nie jest takie łatwe. Żeby było śmieszniej, na chodniku nadal nie jesteśmy bezpieczni – jest to idealne miejsce dla skuterów omijających korek czy ścinających zakręt. Pierwszy raz w życiu staliśmy w korku na chodniku…

O ile pobyt w Tajlandii mieliśmy w 100% dograny, tak od przylotu do Wietnamu przechodzimy na bieżące planowanie. Mamy jedynie zarys tego co chcemy zobaczyć, dzięki temu będziemy mogli spontanicznie decydować gdzie i jak długo zostać. Przygotowując się do wyjazdu nie byliśmy w stanie dowiedzieć się wszystkiego o krajach i miejscach, które będziemy chcieli odwiedzić, więc pierwszego dnia w Sajgonie usiedliśmy w herbaciarni (na mrożoną herbatę, chowając się przed 35 stopniowym upałem) planując kolejne dni i czytając o historii Wietnamu, głównie tej najnowszej.

O wojnie indochińskiej mieliśmy tylko mgliste pojęcie, nierzadko z amerykańskich filmów. Dlatego też odwiedzenie Muzeum Pozostałości Wojennych było dla nas obowiązkowym punktem w Sajgonie. O samej wizycie nie ma co wiele pisać, było to mocno wstrząsające przeżycie, szczególnie, że muzeum pokazuje dramat zwykłych ludzi i ogromną skalę zniszczeń jaką pozostawiła po sobie wojna. Poprzednia nazwa tej instytucji – Muzeum Amerykańskich Zbrodni Wojennych – nie jest przypadkowa.

Co do noclegu – udało nam się zarezerwować dobrze oceniany hostel w niskiej cenie. Kruczek polegał na tym, że trafiliśmy na najgłośniejszą ulicę w mieście, wrocławski pasaż Niepolda razy 10. Było bardzo imprezowo, w przeciwieństwie jednak do Bangkoku i słynnej Khao San Road na ulicy nie bawili się sami “biali”, a tysiące młodych Wietnamczyków.

Po 3 bardzo przyjemnych dniach szwędania się po największym mieście południa ruszyliśmy w stronę morza. 5 godzin jazdy od Sajgonu znajduje się miejscowość Mui Ne. Jest ona bardzo popularnym kierunkiem wśród Rosjan – wszyscy mówili do mnie po Rosyjsku (Piotr). Samo miasteczko to zwykła ulicówka ciągnąca się wzdłuż wybrzeża. Słynie z silnego wiatru i ogromnych fal, kite-surfingu i owoców morza. My oszukaliśmy system – za noc w pokoju płaciliśmy 6 dolarów za 2 osoby, a w ciągu dnia chodziliśmy na przepiękną resortową plażę gdzie wstęp kosztował 10 dolarów- również za 2 osoby. Łącznie daje nam to 16 dolarów. Ludzie, którzy leżeli obok nas na plaży płacili za noc 150 dolarów. 😃

Po 2 dniach lenistwa postanowiliśmy spróbować w końcu jazdy na skuterze. W Tajlandii przerażał nas ruch lewostronny, a w Sajgonie nawet przez myśl nam to nie przeszło. Jazda okazała się bardzo przyjemna, chociaż 2 razy zawracaliśmy ze względu na patrole policji czyhające na łapówki (Maria i jej sokole oko). Udało nam się zobaczyć potok Fairy Stream oraz czerwone wydmy, z których słynie okolica Mui Ne.

Jako, że wiza pozwala nam spędzić w Wietnamie 30 dni musieliśmy skończyć plażowanie i ruszyć dalej na północ. Naszym celem było Hoi An – miasto w środkowym Wietnamie, oddalone o 700 km. Najpopularniejszym środkiem podróżowania przez Wietnam są tzw. sleeper busy, autokary, które zamiast siedzeń mają wygodne leżanki. Zrobiliśmy zapasy ciasteczek i krakersów i zapakowaliśmy się do autobusu. Wrażenia pozytywne, chociaż Wietnamskie drogi nie należą do najlepszych, przez co średnia prędkość wynosi około 50km/h. Wystartowaliśmy o 13 w środę, a dojechaliśmy na miejsce w czwartek o 6 rano, cali i zdrowi!

Pozdrawiamy!

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s