Chiang Mai

Ten wpis będzie streszczeniem trzech dni, które spędziliśmy na północy Tajlandii w miejscowości Chiang Mai.

Chiang Mai jest bardzo popularne wśród ludzi spoza Europy, którzy pracują zdalnie, widać to na każdym kroku, miasto jest pełne europejskich restauracji i kawiarni w bardzo nowoczesnym/hipsterskim stylu. Główna część miasta położona jest na planie kwadratu, w którym można chodzić setkami małych uliczek. Pierwszego dnia po przyjeździe szwędaliśmy się bez celu, żeby odpocząć po wyczerpującym Bangkoku. Chiang Mai słynie z dużej ilości świątyń – ponad 700, ustępuje miejsca wyłącznie stolicy. Odwiedziliśmy kilka najważniejszych, można w nich spotkać wielu mnichów, którzy się tam kształcą, stworzyli nawet tzw. “monk chat” dla ludzi, którzy chcieliby się dowiedzieć więcej o tym jak wygląda ich życie. To co rzuciło nam się w oczy to kontrast między skromnym pomarańczowym strojem mnichów, a iPhonem w ich dłoniach. 😀 Pojechaliśmy również pickupem przerobionym na autobus (Songthaew) do najsłynniejszej świątyni w okolicy, która znajduje się na wzgórzu górującym nad Chiang Mai. Droga jest bardziej kręta, niż droga stu zakrętów do Kudowy, Maria przeżyła to dość ciężko. Wzgórze jest miejscem pielgrzymek lokalsów, tak jak w Polsce Częstochowa.
Jeden dzień poświęciliśmy na wizytę w sanktuarium słoni. Zaczęliśmy od “dupy strony”, czyli od zwiedzenia ekologicznej wytwórni papieru z kupy słoni PooPoo Paper Park – to nie żart. Poznaliśmy wszystkie etapy produkcji papieru, od gotowania kupy, poprzez filtrację, nadawanie koloru i suszenie. Produktem końcowym są przepiękne zakładki, notesy, kalendarze, wszystko ultralekkie i ekologiczne – nie, nie śmierdzi. Właściwą częścią wycieczki było jednak spędzanie czasu ze słoniami. Temat sanktuariów słoni jest w Tajlandii dość kontrowersyjny, ze względu na dużą ilość ośrodków, w których zwierzęta są źle traktowane, a nazwa sanktuarium jest wykorzystywana w celu ściągnięcia większej ilości turystów. Słonie przebywające w miejscu, które odwiedziliśmy zostały wykupione przez właściciela ośrodka min. z cyrków, od ludzi wykorzystujących je do prac fizycznych lub przewożenia turystów ulicami dużych miast. Nasz czas ze słoniami rozpoczął się od krótkiej instrukcji jak nie zostać stratowanym (dla przykładu- słonie boją się nawet pisku szczeniaków), a potem ruszyliśmy z naszymi nowymi zwierzątkami w w stronę dżungli. Jako, że słoń w ciągu dnia zjada do 10% swojej wagi, podczas spaceru musieliśmy bez przerwy dokarmiać je bambusem. Trekking kończy się na polanie w środku dżungli, gdzie jest czas na ponowne dokarmianie i lepsze poznanie swoich podopiecznych. Słonie są jak nasz kundel- zainteresowane Tobą dopóki masz jedzenie. Obecność słonia na wyciąnięcie ręki to niesamowite doświadczenie, biorąc pod uwagę jak ogromne to zwierzęta. Można je głaskać, klepać, przytulać się do trąby. W międzyczasie przewodnik skoczył do dżungli, przyniósł ze sobą kilka ananasów i pokroił je maczetą, w życiu nie jedliśmy tak świeżych i soczystych owoców. Spacer kończy się kąpaniem słoni w bajorze, polewaliśmy je wiadrami wody i szorowaliśmy szczotką.
Chiang Mai słynie również z kuchni. Różni się ona od pozostałej części kraju, można tu znaleźć więcej dań mięsnych, w odróżnieniu od południa gdzie znajdziemy dużo więcej owoców morza. W Chiang Mai przełamaliśmy się i zaczęliśmy jeść jedzenie prosto z ulicznych straganów. Spróbowaliśmy między innymi specjalności miasta- zupy Khao Soi, lepkiego ryżu z kokosem grillowanego w liściu bananowca, na nocnym targu w przeciągu godziny jedliśmy 5 różnych potraw- zaczęliśmy od wolno gotowanej golonki (w knajpie, którą odwiedził Anthony Bourdain i którego szlakiem zawsze podążamy jeśli chodzi o jedzenie), następnie zjedliśmy sajgonki, świeżo pokrojone owoce (dragon fruit i papaja), szaszłyk z boczku, a na deser roti, indyjskie naleśniki z nutellą i bananami. Tak, nasze żołądki przetrwały. Nocne targi nie są niczym nadzwyczajnym dla Azjatów, nie jest to specjalnie zaplanowana impreza dla turystów, siedzieliśmy obok lokalsów, dla których jest to zwyczajne miejsce na kolacje.
Po 3 dniach wsiedliśmy w samolot i ruszyliśmy na południe, do pierwszej w naszym życiu prawdziwej dżungli.
P.S. Tak wyglądał nasz tron w Chiang Mai. 😉
20171110_083015
Pozdrawiamy!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s